Pamiętasz tę linię napięcia, o której mówiło się półgłosem: gdzie kończy się kosmetologia, a zaczyna medycyna estetyczna? W styczniu 2026 r. temat wybuchł na nowo – i to z siłą, której wielu się nie spodziewało. Nie dlatego, że nagle pojawiła się całkiem nowa ustawa. Dlatego, że Ministerstwo Zdrowia opublikowało komunikat interpretacyjny, który dla jednych jest długo oczekiwanym „porządkowaniem rynku”, a dla innych – sygnałem: „Twoja ścieżka rozwoju właśnie się urywa”.
Tytuły medialne mówią o końcu botoksu i wypełniaczy „u kosmetologa”. W gabinetach trwa nerwowe przeliczanie kosztów szkoleń, planów inwestycyjnych i… ryzyka. A klientki? Klientki, jak to klientki, wciąż chcą przede wszystkim jednego: żeby było efektywnie, szybko i bezpiecznie.
Tylko kto ma zagwarantować to „bezpiecznie” – i jaką cenę za porządkowanie rynku zapłaci branża?
To nie (jeszcze) ustawa – ale to dokument, który zmienia praktykę
Najważniejszy punkt wyjścia jest prosty: komunikat Ministerstwa Zdrowia z 23 stycznia 2026 r. nie jest ustawą. To dokument informacyjny, który przedstawia stanowisko resortu „w oparciu o obowiązujące przepisy”. Jednak jego realny wpływ może być większy niż niejednej nowelizacji, bo uruchamia domino: interpretacje, kontrole, ostrożność ubezpieczycieli, zmiany w politykach firm szkoleniowych, a w konsekwencji – zmianę modelu działania gabinetów.
W komunikacie MZ zapisano wprost, że procedury „medycyny estetyczno-naprawczej” (wcześniej określane jako medycyna estetyczna) są świadczeniami zdrowotnymi o dużym ryzyku i że – zgodnie z aktualnymi regulacjami – uprawnienia do ich wykonywania mają lekarze (w tym lekarze dentyści) z prawem wykonywania zawodu na czas nieokreślony oraz po spełnieniu wymogów szkoleniowo-certyfikacyjnych, przy czym jako specjalności wymieniono m.in. dermatologię i wenerologię oraz chirurgię plastyczną.
Jednocześnie dokument wskazuje, że osoby niebędące lekarzami (wprost wymieniono m.in. kosmetologów i kosmetyczki) są nieuprawnione do wykonywania tych procedur – nawet jeśli posiadają certyfikaty z kursów.
To zdanie ma ciężar gatunkowy większy niż cała branżowa dyskusja w social mediach.

Dlaczego lekarze mówią „wreszcie”, a kosmetolodzy „to nie fair”?
Spór, choć medialnie opakowany w emocje, ma dwa poważne fundamenty.
1) Argument bezpieczeństwa pacjenta (strona lekarska)
Lekarze mówią o powikłaniach, które widują po zabiegach wykonywanych przez osoby nieuprawnione oraz o tym, jak kluczowy bywa czas reakcji i umiejętność rozpoznania stanu zagrożenia zdrowia (np. w przypadku komplikacji naczyniowych).
To zgrywa się z logiką komunikatu MZ, w którym podkreślono m.in. konieczność kwalifikacji medycznej (wywiad i badanie), diagnostyki, prowadzenia dokumentacji medycznej oraz kompetencji do leczenia powikłań.
2) Argument kompetencji i inwestycji (strona kosmetologiczna)
Po drugiej stronie są osoby, które ukończyły studia, często latami specjalizowały się w procedurach estetycznych, inwestowały w szkolenia, sprzęt, marketing i budowę marki. Wśród nich często wybrzmiewa frustracja. Pojawiają się głosy, że kosmetolodzy ponieśli koszty, a szara strefa i tak będzie działać.
To napięcie jest realne. Bo jeśli przez lata rynek funkcjonował w stanie „miękkiej normy” (nie do końca jasnej, ale praktykowanej), nagłe usztywnienie interpretacji zawsze boli najbardziej tych, którzy próbowali działać profesjonalnie – choć być może na granicy tego, co ustawodawca uznaje za świadczenie zdrowotne.
Kosmetolog kontra lekarz. Czy naprawdę muszą być po przeciwnych stronach?
Najłatwiej napisać: „branża jest podzielona”. Tyle że w praktyce rynek beauty nie działa w układzie zero-jedynkowym.
Po pierwsze: kosmetologia i medycyna estetyczna mają wspólny cel – poprawę kondycji i wyglądu skóry – ale różne narzędzia. Problem zaczyna się w miejscu, gdzie narzędzia wchodzą w obszar procedur iniekcyjnych lub takich, które wiążą się z istotnym ryzykiem powikłań i wymagają medycznej kwalifikacji oraz leczenia skutków ubocznych.
Po drugie: sam komunikat MZ sugeruje istnienie „granicy” – wskazując, że bezpieczeństwo determinuje podział na procedury medycyny estetyczno-naprawczej wykonywane przez lekarzy oraz zabiegi kosmetologii estetycznej o małym ryzyku, niewymagające bezpośredniego leczenia.
To ważne: komunikat, choć w przestrzeni medialnej brzmi jak „odcięcie”, w swojej logice dąży do zdefiniowania różnicy ryzyka.

Co z „ustawą”? Czy faktycznie branża zostanie podzielona?
Słowo „ustawa” jest dziś używane trochę na skróty. Komunikat MZ dotyczy interpretacji obecnego stanu prawnego i odnosi się m.in. do ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty oraz rozporządzenia w sprawie umiejętności zawodowych lekarzy i lekarzy dentystów.
Równolegle w przestrzeni publicznej wraca temat uregulowania zawodu kosmetologa – m.in. w postaci obywatelskich projektów, petycji i debat o standardach kształcenia oraz odpowiedzialności.
Jeśli dojdzie do ustawowego rozdzielenia kompetencji, pytanie nie brzmi „czy branża się podzieli”, tylko jak zostaną opisane granice:
- według narzędzia (iniekcje vs bezinwazyjne)?
- według ryzyka?
- według kwalifikacji i wymogów placówki?
- według nadzoru lekarskiego?
Od odpowiedzi zależy, czy rynek będzie mógł wypracować współpracę, czy rzeczywiście wpadnie w polaryzację.
Największe ryzyko? Chaos informacyjny dla klientki
W sporze o kompetencje łatwo zapomnieć o najważniejszej osobie: pacjentce/klientce. Jeśli komunikat MZ ma zwiększać bezpieczeństwo, to musi zostać przetłumaczony na praktykę:
- jasne komunikaty w gabinetach,
- transparentna informacja, kto wykonuje konkretny zabieg i na jakiej podstawie,
- rzetelna dokumentacja i świadome zgody,
- uczciwe kwalifikowanie do procedur.
Bez tego powstanie sytuacja, w której klientka nie będzie rozumiała różnicy między „zabiegiem estetycznym”, „procedurą medyczną” a „kosmetologią estetyczną”. A w takim chaosie najłatwiej o nadużycia – zarówno marketingowe, jak i praktyczne.
Ustawa nie musi dzielić. Może cywilizować
Branża beauty stoi dziś przed wyborem: albo pójdzie w stronę „my kontra oni”, albo potraktuje komunikat jako impuls do uporządkowania usług, standardów i współpracy.
Bo prawda jest taka: ani lekarze nie znikną z rynku estetyki, ani kosmetolodzy nie przestaną być potrzebni. Skóra nie jest polem bitwy o kompetencje – jest obszarem, w którym liczą się: bezpieczeństwo, efekt i zaufanie.
A to zaufanie zbuduje tylko jasny, uczciwy podział ról.









